Nie wróciłem do domu, bo w żadnym sensie nie był mój. Zamiast tego poszedłem do cichej kawiarni niedaleko Union Station w Denver, gdzie nikt mnie nie rozpoznał i gdzie mogłem spokojnie pomyśleć.
Odłożyłem telefon na stół i wpatrywałem się w niego, jakby to była jedyna rzecz, która mnie trzymała w ryzach. Wcześniejsze wibracje nie były przypadkowe, bo w kieszeni płaszcza Connora znajdowało się małe urządzenie śledzące połączone z aplikacją, której Scott używał podczas podróży służbowych.
Tego ranka wziąłem go, nie do końca rozumiejąc dlaczego, kierując się jedynie silnym przeczuciem, że Connor nie działa sam. Kiedy otworzyłem aplikację, zobaczyłem sygnał rozpoczynający się od cmentarza, a następnie przesuwający się równomiernie w kierunku centrum miasta.
Connor nie został, by opłakiwać ojca, jak wszyscy oczekiwali. Odszedł z moim testamentem i kluczami, zmierzając gdzieś z konkretnym celem.
Przypomniałem sobie biurko Scotta i sejf ukryty za oprawionym pejzażem. Przypomniałem sobie też coś, co powiedział mi kilka tygodni przed śmiercią, kiedy w jego głosie słychać było dziwną natarczywość.
„Jeśli cokolwiek będzie wydawało ci się nie tak, zaufaj temu, co pominąłem” – powiedział cicho.
Wtedy zbagatelizowałem jego słowa jako niepotrzebne zmartwienie. Teraz odczuwałem je jako ostrzeżenie, które powinienem był potraktować poważnie.